Definicja work-life balance, czyli o osiąganiu równowagi życiowej

 

Work-life balance, do którego dąży cała rzesza pracujących, samoświadomych i starających się rozsądnie zarządzać sobą ludzi, nie istnieje.

Mowa tu oczywiście nie o upragnionym stanie równowagi, ale work-life balance jako pojęciu. Bo człowiek zrównoważony to człowiek, który osiąga równowagę LIFE, czyli życiową. Bo WORK, czyli praca jest częścią życia. Bo nie mamy osobnego życia na pracę, gdzie jak w grze 8-bitowej przeskakujemy levele, ani osobnego na życie poza pracą. Jest jedno życie i jedna równowaga. Równowaga życiowa. Czyli po prostu life-balance.

Tym stwierdzeniem rozpoczynam serię kilku wpisów związanych z osiąganiem tzw. równowagi na styku dwóch płaszczyzn – zawodowej i prywatnej.

Są osoby, które stan równowagi osiągają w naturalny sposób. Są też takie, którym dochodzenie do niego zajęło sporo czasu. Osobiście zaliczam się do tych drugich. Długo broniłem się przed wpuszczaniem do życia prywatnego pracy i na odwrót. I nie mam tu na myśli zabierania pracy do domu po to żeby ślęczeć nad nią długimi wieczorami ani tego żeby w czasie pracy robić inne rzeczy. Bo wiadomo – żadna skrajność nie jest dobra. Dobre jest balansowanie gdzieś pomiędzy z osią wewnętrznego kompasu ustawioną mniej-więcej na środek tak żeby przynajmniej w momentach odchyłów (np. robienia służbowej prezentacji długo w noc bo nie zawsze da się tego uniknąć) mieć świadomość tego, że nie jest to stan normalny.

Moja obrona przed mieszaniem tych dwóch sfer objawiała się na różne fajne sposoby. Na przykład taki, że zawsze nosiłem przy sobie dwa telefony – służbowy i prywatny. NIGDY nie używałem żadnego z nich do celów, do jakich “nie był przeznaczony”. Tak samo z latopami i danymi. Dwa konta na Skajpie – prywatne i służbowe. A najciekawsze jest to, że tak samo było też ze znajomymi. Tymi “z pracy” i tymi “prywatnymi” – podświadomie starałem się ich nie mieszać. Niezła schizofrenia.

Dopiero w momencie, kiedy sztuczne stawianie granic było już tak psychicznie męczące, że nie do wytrzymania, otrzeźwiałem.

Bo równowaga nie polega na pedantycznym porządkowaniu zasobów i narzędzi. Równowaga to umiejętność świadomego odpuszczenia. Umiejętność chwilowej przerwy w tzw. życiu prywatnym bo “sprawy służbowe mogą się zawalić”, ale też umiejętność wyjścia na lunch w czasie pracy z przyjacielem. I odwrotnie. W pracy mobilizuję się do zrobienia tego na co umówiłem się z szefem, a w weekend na to, na co umówiłem się ze sobą. .

O stanie równowagi życiowej, mądrze i z polotem pisze w swojej książce “Życiologia”, Miłosz Brzeziński – polecam i zainteresowanych odsyłam.

W następnym wpisie z tej serii o tym jak przełączam się ze stanu praca w stan “dom”.